Pamiętniki już nie istnieją. Dowiedz się dlaczego.

pamiętniki

Kiedyś pisałam pamiętniki.

Byłam wte­dy wcze­sną nasto­lat­ką. Tro­chę inną niż dzi­siej­sze nasto­lat­ki. Uwiel­bia­łam prze­by­wać na dwo­rze. Bawić się w pod­cho­dy, cho­dzić po drze­wa­ch. Nie mia­łam poma­lo­wa­ny­ch paznok­ci. Nie far­bo­wa­łam wło­sów. Do szko­ły nikt mnie nie pod­wo­ził. Sama szłam, na noga­ch. Cza­sem zabłą­dzi­łam na waga­ry, bo to moje nogi decy­do­wa­ły, gdzie mnie dane­go dnia zabio­rą. Sama odra­bia­łam lek­cje. Gra­łam w pił­kę z chło­pa­ka­mi i w kla­sy z dziew­czy­na­mi. Gdy chcia­łam z kimś poga­dać, poba­wić się, musia­łam wyj­ść z domu i iść do kole­żan­ki lub kole­gi. Ewen­tu­al­nie na boisko albo przed szko­łę, na trze­pak — to tam się “dzia­ło życie”. Przy­pusz­czam, że więk­szo­ść osób, któ­re uro­dzi­ły się w zamierz­chły­ch cza­sa­ch, przed erą komó­rek, lap­to­pów, inter­ne­tu, ma podob­ne wspo­mnie­nia. To było kie­dyś.

Teraz jest inny świat.

Jest Cyber­prze­strzeń. Są blo­gi. Każ­dy, kto chce, ma prze­strzeń w sie­ci. Swo­je miej­sce w blo­gos­fe­rze. Teraz by, poga­dać ze zna­jo­mym, wystar­czy klik­nąć na FB, albo twe­et­nąć, moż­na też zadzwo­nić, wysłać mmsa. Kie­dyś, by poro­zu­mieć się z kimś z dru­gie­go koń­ca Pol­ski, sła­ło się listy. A teraz? Teraz ścież­ka się skró­ci­ła. Nie­mal­że zani­kła. Jed­no klik­nię­cie dzie­li cię od kum­pla, nie tyl­ko z dru­gie­go koń­ca kra­ju, ale z dru­giej stro­ny kuli ziem­skiej. Tak się podzia­ło.

Każ­dy, kto chce, może zasiać swo­je ziar­no w cyber­prze­strze­ni. Nie trze­ba być znaw­cą PHP, HTML, czy inny­ch JAVA-cudów, nie trze­ba nawet znać się na Word­Pres­sie. Są plat­for­my, na któ­ry­ch moż­na stwo­rzyć blo­ga nie­mal­że z zamknię­ty­mi ocza­mi.

Moż­na two­rzyć pry­wat­nie, moż­na two­rzyć “dla potom­ny­ch”. Praw­da jest taka, że więk­szo­ść wpi­sów i tak zosta­nie nie­zau­wa­żo­na, prze­mil­cza­na, zapo­mnia­na. Ale “nic to” jak mawiał Woło­dy­jow­ski.

Zastanawiam się, czy do blogowych wpisów się wraca?

Czy autor wra­ca do tego, co miał kie­dyś do powie­dze­nia. Zako­mu­ni­ko­wa­nia świa­tu. Albo sobie. Ja tego nie wiem. To mój pierw­szy PRYWATNY poważ­ny blog. Pry­wat­ny, poważ­ny — źle to zabrzmia­ło. Po pro­stu taki mój, taki “nie dla zaba­wy”, taki… taki jak moje dzien­ni­ki sprzed lat. A jed­nak inny, bo pamięt­ni­ki sprzed lat były naj­bar­dziej strze­żo­ną prze­ze mnie tajem­ni­cą. NIKT nie miał do nich dostę­pu. Były moje i tyl­ko moje. A ten blog? Tu się uze­wnętrz­niam. Nie­mal­że wypróż­niam się wpi­sa­mi. Taka wewnętrz­na potrze­ba eks­hi­bi­cjo­nist­ki. Men­tal­nej. Mię­dzy inny­mi.

Kie­dyś, kła­dąc się do łóż­ka, cze­ka­jąc na auto­bus, albo w szko­le-na prze­rwie, wycią­ga­łam dłu­go­pis, zeszyt i pisa­łam. O tym, co mi się zda­rzy­ło tego dnia, o tym, co boli, albo cie­szy. Wczo­raj, gdy byłam już nie­mal w obję­cia­ch Mor­fe­usza, poga­szo­ne świa­tła, cicha i głu­cha noc… nagle napa­dła mnie myśl. Przy­ło­ży­ła mi obu­chem w gło­wę i kaza­ła się zapi­sać! Się­gnę­łam ręką w stro­nę szaf­ki noc­nej, wzię­łam komór­kę i utwo­rzy­łam notat­kę. Gdy­by nie fakt, że obok mnie już spał mój Luby, pew­nie bym się nagra­ła w for­mie mp3.

Odło­ży­łam tele­fon i usnę­łam.

Rano, przy kawie, znów napa­dła mnie myśl. Inna tym razem, ale też z obu­chem. Pew­nie sio­stra tam­tej, bo nawią­zy­wa­ła do wczo­raj­sze­go wie­czo­ru. Kie­dyś wzię­ła­bym pamięt­nik i zapi­sa­ła­bym to, o czym pomy­śla­łam. Teraz not­ka w tele­fo­nie. Tech­no­lo­gia.

Telefon komórkowy. Taka mała, niepozorna rzecz a jak wiele może.

Kie­dyś taki­ch cudów nie było. Byłam prze-szczę-śli-wa, gdy docze­ka­łam się dzia­ła­ją­ce­go tele­fo­nu sta­cjo­nar­ne­go w domu u rodzi­ców. Cho­dzi­łam wte­dy do I kla­sy LO. Ta nie­pew­no­ść: “czy jest w domu”. Albo wła­śnie pew­no­ść: “o tej godzi­nie ZAWSZE jest w domu”. A teraz? Teraz dzwo­ni­sz na komór­kę — ot, po pro­stu. Nie masz poję­cia, gdzie prze­by­wa Twój roz­mów­ca. Ale jest. To się liczy. Albo Face­bo­ok. Jed­no klik­nię­cie. I już cały świat może wie­dzieć, że wła­śnie jesteś w Koziej Wól­ce.

Kom­pu­ter sta­cjo­nar­ny. Ah, te cza­sy, gdy był moim marze­niem. Potem lap­top. W koń­cu smart­fon. Mój pierw­szy uko­cha­ny. Potem dru­gi. I trze­ci. Teraz to wszyst­ko jest czymś tak oczy­wi­stym, jak oddy­cha­nie. Praw­da jest taka, że bez komór­ki więk­szo­ść z nas czu­je się jak naga.

Zasta­na­wiam się, jakie jest życie TAK bar­dzo wspar­te na tech­no­lo­gii. Fakt nie­pod­wa­żal­ny, na pew­no jest łatwiej­sze. Bar­dziej dyna­micz­ne. Moż­na wię­cej, moż­na szyb­ciej. Ale czy to dobrze? Prze­cież takie: “szyb­ciej, wię­cej” nie­ko­niecz­nie jest lep­sze. Pozna­je­sz kogoś, wymie­nia­cie się FB, doda­je­cie do zna­jo­my­ch. I koniec. Może poroz­ma­wia­cie ze sobą, jeśli będzie­cie mieć wspól­ny BIZNES. Bo tak z potrze­by ser­ca? Po co? Prze­cież to stra­ta cza­su. Prze­cież i tak wszyt­ko wia­do­mo z face­bo­ko­wy­ch aktu­ali­za­cji.

No właśnie — stary, poczciwy fejs.

Dziś przej­rza­łam listę moich zna­jo­my­ch na fejs­bu­ku. W sumie mam ich nie­wie­lu. 111 osób. Z czy­stym sumie­niem mogę powie­dzieć, że z ponad poło­wą z tych osób nie mam żad­ne­go kon­tak­tu. Naj­mniej­sze­go. Ta dru­ga “pra­wie” poło­wa, cza­sem mnie “polaj­ku­je”, albo ja “polaj­ku­ję” coś u nich. Z kil­ko­ma oso­ba­mi roz­ma­wiam. I to tyle. Ale nie usu­wam tych, któ­rzy są dla mnie “nie­ak­tyw­ni”, bo może kie­dyś, bo nie będę na cza­sie… a może po pro­stu wkra­da się oba­wa przed tym, że nagle mój FB zacznie świe­cić pust­ka­mi?

W dzi­siej­szy­ch cza­sa­ch moż­na się łatwo nacha­pać. Nały­kać “new­sów”, plo­te­czek, dowie­dzieć się co jest total­nym must-havem, a cze­go abso­lut­nie nie moż­na zało­żyć. Moż­na być na bie­żą­co z poli­ty­ką, kur­sem walut, naj­now­szy­mi seria­la­mi. W dzi­siej­szy­ch cza­sa­ch wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Łatwo jest zamknąć cały swój świat w tele­fo­nie. Łatwo jest się odczło­wie­czyć. Nie­ste­ty.

Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on Twitter0Share on LinkedIn0Pin on Pinterest0
Pomóż mi dotrzeć do inny­ch. Podaj dalej, udo­stęp­nij, twe­et­nij. Dzię­ku­ję 🙂