Ślub, czyli 2 miesiące przerwy. Jak szybko przygotować się do ślubu :)

Mówią, piszą, ostrze­ga­ją — jeśli na blo­gu poja­wi się prze­rwa, to cięż­ko będzie wró­cić do blo­go­wa­nia.

U mnie są pra­wie 2 mie­sią­ce bez wpi­su. Czy jest cięż­ko wró­cić? Tak. Dla­cze­go? Z nad­mia­ru tema­tów, któ­re pałę­ta­ją mi się w gło­wie.

Zanim przej­dę do dal­szej czę­ści wpi­su — chcia­ła­bym — w kil­ku sło­wa­ch wyja­śnić, dla­cze­go tak dłu­go tu nie zaglą­da­łam.

  • Nie, nie sie­dzia­łam w kiciu.
  • Nie, to nie był brak veny (tudzież weny) twór­czej.
  • Nie, nie byłam na wyma­rzo­ny­ch waka­cja­ch na bez­lud­nej (bez­in­ter­ne­to­wej) wyspie.

Po pro­stu — nie mia­łam cza­su. Pew­nie też tak cza­sem macie: brak cza­su, któ­ry prze­kła­da się na brak wpi­sów. Nie? W takim razie pozo­sta­je mi tyl­ko pozaz­dro­ścić.

Mój brak cza­su, a zara­zem brak wpi­sów, był spo­wo­do­wa­ny ślu­bem. A wła­ści­wie przy­go­to­wa­nia­mi do ślu­bu (oraz póź­niej­szą, nie­ty­po­wą podró­żą poślub­ną).

Ale jak to? O co cho­dzi?

Otóż NIGDY nie sta­raj­cie się w cią­gu mie­sią­ca ogar­nąć całe­go przed­ślub­ne­go wariat­ko­wa.

To taka moja, mała, dobra rada.

Zna­la­złam dziś (!!!) taką oto gra­fi­kę:

(źró­dło: www.hukotella.com) 

Owo 12 mie­się­cy, o któ­ry­ch mowa powy­żej, uda­ło mi się (z lep­szym, lub gor­szym skut­kiem) upchnąć w nie­ca­ły mie­siąc. Nie­ste­ty zagęsz­cze­nie “tema­tów do odha­cze­nia” było tak ogrom­ne, że na blo­go­wa­nie po pro­stu nie star­czy­ło cza­su 🙂

Nie będę opo­wia­da­ła co-po-czym-po-kolei…

Zwró­cę tyl­ko uwa­gę na takie banal­ne rze­czy, o któ­ry­ch przy­szła Pan­na Mło­da (czy­li ja) nie mia­ła poję­cia, że ist­nie­ją 🙂

DOŚWIADCZENIE

Od razu zazna­czę, że ślub dla mnie to nie pierw­szy­zna.

Kil­ka lat temu prze­cież już się pobie­ra­łam. Wiem, jak jest. USC, świad­ko­wie, Pan­na Mło­da i Pan Mło­dy. Wiem co i jak. Tym bar­dziej że obec­na cere­mo­nia zaślu­bin też mia­ła się odbyć w USC. Mia­ła być skrom­na, krót­ka i trosz­kę nie­ty­po­wa (bo bez tra­dy­cyj­ne­go wese­la). Jedy­na róż­ni­ca, pró­cz samy­ch świad­ków mia­ło być jesz­cze kil­ku­na­stu gości.

MIAŁO BYĆ TAK

Pier­wot­nie zamy­sł był taki, by po zaślu­bi­na­ch resz­ta odby­ła się nie­mal­że spon­ta­nicz­nie. Jedy­nie obiad w restau­ra­cji (naj­le­piej pod para­so­la­mi na zewną­trz), by każ­dy z gości zama­wiał to, na co ma ocho­tę, by było bar­dzo na luzie. Ja oraz Pan Mło­dy mie­li­śmy być ubra­ni casu­al. Ona jakieś jean­sy + mary­nar­ka, ja (może!) sukien­ka do kolan (nie­ko­niecz­nie bia­ła). Po obie­dzie mie­li­śmy ruszyć w podróż. Z gość­mi. W góry. Zamia­st wese­la.

PRZYGOTOWANIA

OBIAD.

Tuż przed wylo­tem do Pol­ski napi­sa­łam maila do wybra­nej restau­ra­cji i opi­sa­łam styl i cha­rak­ter impre­zy, któ­rą chce­my zor­ga­ni­zo­wać. Umó­wi­łam się na spo­tka­nie face-2-face z mana­ge­rem, by “dograć szcze­gó­ły”.

Moją wybra­ną restau­ra­cją były Te Kli­ma­ty w Cze­la­dzi. <== klick 🙂

Mana­ger, pani Ula (kobie­ta o zło­tym ser­cu i wor­ku cier­pli­wo­ści), spo­tka­ła się ze mną, wysłu­cha­ła mnie, przy­ję­ła moją wizję “ślu­bu na luzie”, zapro­po­no­wa­ła miej­sce, wystrój sto­li­ków (pod para­so­la­mi!!), zgo­dzi­ła się na akcję: “każ­dy zama­wia to, co chce, my regu­lu­je­my rachu­nek”, a następ­nie zada­ła mi szo­ku­ją­ce pyta­nie:

  • A co z tor­tem? Mamy zamó­wić? Czy sama się tym Pani chce zająć?
  • Jakim tor­tem?? Ja jestem nie-sło­dy­czo-lub­na (co inne­go Pan Mło­dy) 😉

Pani Ula uśmiech­nę­ła się do mnie i powie­dzia­ła, że nie ma pro­ble­mu, może­my odpu­ścić tort. Po czym znów wal­nę­ła z gru­bej rury:

  • A wita­nie chle­bem i solą
  • Że co?

Widząc, że nie bar­dzo wiem, o co cho­dzi, Pani Ula wycią­gnę­ła jesz­cze kil­ka tema­tów: motyw prze­wod­ni w deko­ra­cji, kolo­ry “sali”, muzy­ka, podzię­ko­wa­nia dla Rodzi­ców…

Doszły­śmy do wnio­sku, że ja sobie wszyst­ko jesz­cze raz prze­my­ślę i skon­tak­tu­je się z nią w prze­cią­gu 2 dni.

Wró­ci­łam do domu. Tort? Chleb? Sól? Roz­bi­ja­nie kie­lisz­ków na szczę­ście? Muzy­ka… Eh, prze­cież mój pierw­szy ślub to było tyl­ko pod­pi­sa­nie papie­rów w towa­rzy­stwie świad­ków i urzęd­ni­ka USC. Tym razem wszyst­ko mia­ło jed­nak wyglą­dać zupeł­nie ina­czej.

FOTOGRAF.

Odpu­ści­łam sobie roz­my­śla­nie nad tema­ta­mi obia­do­wy­mi i napi­sa­łam do mojej foto­graf, by umó­wić spo­tka­nie w celu pod­pi­sa­nia umo­wy.

Tutaj muszę wsta­wić ostrze­że­niedobie­raj­cie foto­gra­fów z gło­wą, czy­taj­cie umo­wy, pre­cy­zuj­cie daty, ter­mi­ny, wszyst­ko-na-piśmie. Nie wierz­cie w zapw­nie­nia “nie ma pro­ble­mu, datę ple­ne­ru usta­li­my póź­niej — ja nie mam pla­nów”.

Pierw­szy foto­graf, z któ­rym mia­łam pod­pi­sa­ną umo­wę na wyko­na­nie zdjęć ślub­ny­ch — foto­re­por­taż + ple­ner — dał przy­sło­wio­wej “dupy” i stwier­dził, że w dniu, gdy chce­my mieć ple­ner, on jest nad morzem i że może­my do nie­go pod­je­chać (ple­ner miał odbyć się Tatra­ch, o czym foto­graf był poin­for­mo­wa­ny od same­go począt­ku, Tatry — jako miej­sce wyko­na­nia sesji ple­ne­ro­wej — też wid­nia­ły na umo­wie). Data zdjęć ple­ne­ro­wy­ch była poda­na pod­czas naszej roz­mo­wy na FB, nie­ste­ty nie była uję­ta w umo­wie — foto­graf naci­skał, by jej tam nie umiesz­czać, bo prze­cież “on nie ma pla­nów, a nam może się coś jesz­cze zmie­nić”. Umo­wę z foto­gra­fem uda­ło się roz­wią­zać, jed­nak bez zwro­tu zalicz­ki (200 pln), ponie­waż, to MY nie dopeł­ni­li­śmy for­mal­no­ści z wpi­sa­niem daty do umo­wy! Ot, mądry Polak po szko­dzie. 

Na szczę­ście tra­fi­łam na Super Foto­graf Jolę — Foto-Hol­lan­da <=== klick, z któ­rą wszyst­ko szło jak po maśle… wszyst­ko, aż do momen­tu usta­la­nia deta­li zwią­za­ny­ch ze zdję­cia­mi. I znów poja­wi­ły się trud­ne pyta­nia:

  • A czy będzie obsy­py­wa­nie Pary Mło­dej po wyj­ściu z USC?
  • Obsy­py­wa­nie??
  • Płat­ki róż, gro­si­ki, ryż…
  • Ehhmmm…
  • A co jeśli będzie padać? Ja mam duży para­sol, w kolo­ra­ch tęczy, ślicz­nie wyglą­da na zdję­cia­ch, ale jeśli macie swój pomy­sł na desz­cz…
  • Ehhmmmmm… spraw­dzę pogo­dę
  • A kolor prze­wod­ni? Czy życzy­cie sobie zdję­cia deta­li? Pre­zen­tów dla gości, winie­tek, itd?
  • Pre­zen­tów dla gości?

Podob­nie, jak w przy­pad­ku Pani Uli, poże­gna­łam się z Jolą (foto­graf), powie­dzia­łam, że wszyst­ko sobie prze­my­ślę i że skon­tak­tu­ję się bar­dzo-nie­ba­wem.

WNIOSKI

Po powro­cie do domu stwier­dzi­łam, że akcja z wycho­dze­niem za mąż kil­ka lat wcze­śniej, nie jest naj­lep­szą bazą do przy­go­to­wy­wa­nia obec­ne­go ślu­bu. Się­gnę­łam tam, gdzie powin­nam była się­gnąć na samym począt­ku. Swo­je tajem­ni­ce odkrył przede mna Wujek Google 😀

Zaczę­łam czy­tać o ślu­ba­ch. Tra­dy­cje, auto do ślu­bu, tor­ty, bukie­ty, winiet­ki, kolo­ry, deko­ra­cje, bło­go­sła­wień­stwo, wita­nie, szam­pan, kie­lisz­ki… Sry­liard rze­czy, o któ­ry­ch ist­nie­niu nie mia­łam poję­cia. W cią­gu kil­ku godzin moja wizja “ślu­bu na luzie” ewo­lu­owa­ła w wizje “ślu­bu na luzie, ale jed­nak ślu­bu, a nie impre­zy dla zna­jo­my­ch” 

Zaczę­łam marzyć:

  • bia­ła sukien­kajuż wcze­śniej była wizja sukien­ki, ale krót­kiej, tym razem zapra­gnę­łam dłu­giej,
  • obo­wiąz­ko­wy gar­ni­tur dla Pana Mło­de­go,
  • bło­go­sła­wień­stwo Pary Mło­dej,
  • obsy­py­wa­nie gro­si­ka­mi (NIE ryżem),
  • winiet­ki dla gości w posta­ci cudow­ny­ch pier­nicz­ków,
  • nie­bie­ski we wszyst­ki­ch odcie­nia­ch jako kolor prze­wod­ni,
  • skrom­na wią­zan­ka z papro­ci,
  • obrącz­ki według wła­sne­go pro­jek­tu (oczy­wi­ście z gra­we­rem),
  • podzię­ko­wa­nia dla Rodzi­ców i Gości,
  • dru­ga sukien­ka oraz dru­gi “gar­ni­tur” na sesję w góra­ch (posta­no­wi­łam, że gór­skiej sesji NIE odpusz­czę)
  • i tysiąc deta­li: spin­ki do man­kie­tów, odpo­wied­nie buty, para­sol na nie­po­go­dę, kosz ze sło­dy­cza­mi, smacz­ny(!!) tort, fry­zjer, wiza­żyst­ka, samo­chod, itd…

Do ślu­bu pozo­sta­ły jakieś 3 tygo­dnie, a moja lista uro­sła do nie­mal­że nie­bo­tycz­ny­ch roz­mia­rów.

Po kil­ku godzi­na­ch googlo­wa­nia i spi­sy­wa­nia tego, CO chcę i JAK chcę — spoj­rza­łam kry­tycz­nym okiem na moje wyma­ga­nia i doszłam do wnio­sku: co jak co, ale Współ­cze­sna i Współ­cze­sny dadzą radę! 

Czy się uda­ło? Jak poszło? Gdzie napo­tka­łam trud­no­ści? Na jakie ustęp­stwa musia­łam pój­ść? O tym wszyst­kim w następ­nym wpi­sie o tym, jak szyb­ko przy­go­to­wać się do ślu­bu 🙂

 

Share on Facebook3Share on Google+0Tweet about this on Twitter0Share on LinkedIn0Pin on Pinterest0
Pomóż mi dotrzeć do inny­ch. Podaj dalej, udo­stęp­nij, twe­et­nij. Dzię­ku­ję 🙂